sobota, 2 sierpnia 2014

Fotorelacja z wyjazdu- Kouty nad Desnou

Wyjazd, o którym ostatnio pisałem został nieco skrócony. Odpuściliśmy sobie sobotę i niedzielę na Dzikowcu ze względu na warunki pogodowe.


Dzień pierwszy.

Pobudka o siódmej, śniadanko i już jestem w trasie. Po drodze trzeba było jeszcze zawinąć na stacje benzynową, zatankowałem do pełna(samochód nie czuł tego stanu od marca 2014). Trasa do Koutów całkiem łatwa gdyby nie to, że skręciliśmy za wcześnie i zamiast jechać obwodnicą koło Ząbkowic Śląskich pojechaliśmy przez całe Ząbkowice... Przez chwilę jechaliśmy na czuja, ale z pomocą mieszkańców tego miasta jakoś wróciliśmy do wyznaczonej trasy, nadrobiliśmy trochę kilometrów, ale nie było tragedii.

Kouty nad Desnou
Pogoda była piękna a zapowiadali deszcze, cieszyliśmy się z niesprawdzonych prognozy pogody. Oprócz tego podróż minęła bez większych kłopotów. Gdy dojechaliśmy pogoda nadal była łaskawa, ale nie na długo. Przez kilka pierwszych zjazdów poznawaliśmy trasy, uwielbiam to. Zanim rozjeździliśmy się na dobre byliśmy już zmęczeni i głodni, więc wróciliśmy do samochodu, zaczął też padać deszcz Zrobiliśmy dziewięć zjazdów.
Kouty nad Desnou Downhill
Zdjęcie z pierwszego dnia, trasa idealnie sucha.
Po jeżdżeniu umyliśmy się w strumieniu przy parkingu, przebraliśmy się i zaczęliśmy szukać miejsca na rozbicie namiotu. Długo nie musieliśmy szukać, rozbiliśmy się na dolnym parkingu, tuż przy strumieniu. Po rozłożeniu namiotu trzeba było coś zjeść, więc wstawiliśmy wodę na makaron. Kempingowa butla gazowa z małym palnikiem podgrzała ją w jakieś piętnaście minut, nieźle. Po wrzuceniu makaronu do wrzątku uświadomiliśmy sobie, że nie mamy soli, no trudno. Nasze danie miało się składać z: makaronu, puszki pomidorów i smażonej cebuli. Nie brzmi jak wykwintne danie, ale da się zjeść.
Kouty nad Desnou parking
Detroid
Walory smakowe obniżył jeszcze jeden element, nie wzięliśmy też oleju do podsmażenia cebuli, więc wrzuciliśmy surową-wyszło obrzydliwie, żeby poczuć jakiś smak przyprawiliśmy wszystko dużą ilością bazylii. Dobre to nie było, ale przynajmniej się najedliśmy. Po jedzeniu wsiedliśmy na rowery, pojechaliśmy do baru tuż pod wyciągiem i wypiliśmy po czeskim piwku-pycha. Wróciliśmy do namiotu i poszliśmy spać, budziki ustawione na ósmą.
Kouty nad Desnou Downhill

Dzień drugi.



Kouty nad Desnou DownhillZostaliśmy obudzeni przez burzę o czwartej, grzmiało tak, że aż strach.Zatkaliśmy uszy i kontynuowaliśmy sen. Kiedy budzik zadzwonił jakoś nie chciało nam się wstać, więc zrobiliśmy to jakieś pół godziny po czasie. Pogoda była nie najgorsza, trochę chłodno, pochmurno, ale najważniejsze- bez deszczu. Przed jeżdżeniem pojechałem jeszcze do sklepu, żeby uzupełnić zapasy. Poszliśmy na wjazd o 11:30.


Trasa była mokra, ale nie po takich trasach już się jeździło, więc jeździliśmy ile wlezie. Przez kilka pierwszych zjazdów próbowaliśmy dolecieć jedną hopkę, ale bezskutecznie, dobijaliśmy tylko zawieszenie. Na suchym jest do zrobienia, ale nie na mokrym. Czesi lubią budować przeszkody, które ciężko jest pokonać. Nagrałem sporo materiału, ale większość jest do wyrzucenia, ze względu na błoto na obiektywie.
Kouty nad Desnou Downhill
Tego dnia zrobiłem najwięcej zjazdów, aż jedenaście, trzy czy cztery  zjechałem sam, Kacper zaliczył glebę i musiał skończyć z jeżdżeniem tego dnia. Wyciąg w Koutach jeździ co pół godziny od 9:00 do 17:00. Po jeżdżeniu umyliśmy rowery w strumieniu obok naszego namiotu, zjedliśmy dobre jedzonko, tym razem makaron z pesto.Miałem kupić sobie doładowanie do telefonu jeszcze na stacji benzynowej w Polsce, ale zapomniałem, więc po jedzeniu poszedłem łapać internet z restauracji, żeby napisać do niepokojącej się rodzinki i nie tylko. Tak upłynął wieczór i poranek.
Kouty nad Desnou Downhill
Kacper najeżdża właśnie na "ceską hopke"

Dzień trzeci                                                                                                                     

             



Kouty nad Desnou Downhill
Tym razem nie grzmoty, a mocny deszcz obudził nas o szóstej. Było zimno, 16 stopni. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy namiot do samochodu i poszliśmy jeździć. W planie mieliśmy sześć zjazdów i tyle właśnie zrobiliśmy. Warunki były średnie-ślisko, mokro i zimno. Umyliśmy się i z trudem zapakowaliśmy samochód. W pierwszą stronę zostało nam całkiem sporo miejsca w samochodzie, a teraz wręcz upychaliśmy wszystko, żeby domknąć bagażnik, dziwne. Jak wszystko mieliśmy już spakowane zaczęło świecić słońce, szkoda,że dopiero wtedy. Poszliśmy jeszcze na smakowitą pizzę i ruszyliśmy w drogę. Znowu jechaliśmy ciut zmodyfikowaną trasą niż planowaliśmy, ale najważniejsze, że dojechaliśmy szczęśliwie. Po odwiezieniu Kacpra do domu rozpakowanie wszystkich rzeczy zajęło sporo czasu, ale mus to mus. Wyjazd uważam za udany, zwłaszcza, że pierwszy raz pojechałem samochodem w trasę. Oprócz urwanej szprychy i kilku zadrapań nic się nie stało.
Kouty nad Desnou pizza
Pyszna była!
I jeszcze film.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapoznaj się z moimi zasadami komentowania.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...